Kombinezon sportowy SPYKE - test konsumencki

Kombinezon sportowy SPYKE - test konsumencki

Z kombinezonem SPYKE Mugello Kangaroo Mix spędziłem ponad połowę torowego sezonu w 2019 roku. Były poprawione czasy, powodzenie w kilku w wyścigach, ale też potężna gleba i tym samym crash test kombinezonu. Po kilku miesiącach podsumowuję moją przygodę ze SPYKE.


Moje poprzednie sezony na motocyklu to była głównie jazda uliczna. Okazjonalnie trenowałem na obiektach kartingowych, aby wreszcie na początku 2019 roku podjąć decyzję o tym, by przygotować siebie i motocykl wyłącznie na tor.

Już wtedy jeździłem w jednoczęściowym kombinezonie, który kilka lat wcześniej uszyłem na miarę. Niestety ze względu na dość niestandardowe gabaryty, czyli 173 cm wzrostu, jakieś 60 kg wagi i dość szczupły obwód, miałem problem z zakupem gotowego produktu, który będzie na mnie pasował.

Na ulicy kombinezon sprawował się doskonale, ale na torze czas przydatności takiej odzieży, jest znacznie krótszy. O tym przekonałem się w maju, podczas mojego pierwszego wypadku w tym sezonie, na torze w Brnie. Stary kombinezon przerwał się w miejscach, gdzie już miał łaty, a ja złamałem obojczyk i 4 żebra. W 1,5 miesiąca wykurowałem się, aby wrócić na Slovakiaring.
W tym czasie jednak nie łudziłem się, że znalezienie pasującego kombinezonu, będzie łatwe. Renowacja tego, który zniszczyłem, miała potrwać dłużej (to w końcu szczyt sezonu), a to, co mierzyłem w różnych sklepach motocyklowych w Warszawie, było po prostu na mnie za duże – głównie za szerokie z talii oraz na długości nóg. Znalazłem jednak markę SPYKE, która na pierwszy rzut oka dawała mi szansę na powodzenie poszukiwań. Najpierw mierzyłem kombinezon Losail Race i choć pasował na mnie jeśli chodzi o wzrost, to w pasie (jak inne) był za szeroki, a także dziwnie naciągał się po zapięciu. Już miałem rezygnować, ale tknęło mnie, aby przymierzyć jeszcze jeden model – w myśl tezy, że każdy może się różnić.

Pod lupę wziąłem model Mugello ze wstawkami skóry kangura. I to był strzał w dziesiątkę. Kombinezon pasował kolorystycznie do kasku i butów, ale przede wszystkim wreszcie coś pasowało na mnie! Do samej marki SPYKE miałem podejście dość ambiwalentne – wiedziałem, że kiedyś taka marka na rynku była, ale nie miałem pojęcia na temat jakości tych produktów. Niemniej jednak czas do kolejnego track day’a zbliżał się nieubłaganie, dlatego podjąłem decyzję, aby zakupić ten właśnie kombinezon.

Pierwsze wrażenia
Kombinezon SPYKE z pewnością nie jest kombinezonem do lansu na dzielni. Markę raczej pamięta „stara gwardia” niż młodzi motocykliści z czerwonym logo na „klacie”. Kombinezon na pierwszy rzut oka wygląda dość skromnie, ale przy pierwszym dotknięciu czuć pod palcami wysoką jakość skóry, z której powstał. Kombinezon poprawnie uszyty (cały czas mówię o moich pierwszych spostrzeżeniach), bardzo dobre pasował na mnie na przymiarkach. Prawdopodobnie, gdyby nie fakt, że miałem problem ze znalezieniem dla siebie odpowiedniego rozmiaru, istnieje duża szansa że tę mało znaną markę w Polsce też bym pominął, a to byłby duży błąd.

W praniu
Elastyczne elementy ładnie pracują, co daje dużo komforty na motocyklu podczas jazdy, przy mocno dopasowanym kombinezonie. Materiał bardzo ładnie napina się na bokach przy pozycji tzw. embrionalnej, nie wciskając się jednocześnie nadmiernie w krocze, co jest dość istotne dla komfortu każdego mężczyzny Środek jest podszyty materiałem, który zapewnia wygodę, oddziela prawidłowo, choć to standard dla wszystkich. Tak samo wszystkie zastosowane ochraniacze, ładnie dolegają do ciała i czuć ich obecność która nie tylko daje poczucie bezpieczeństwa, ale i realne bezpieczeństwo – przetestowałem to w boju. Garb duży, sportowy idealnie sprawuje się z odpowiednim kaskiem, pozwala na osiągnie dość dużych prędkości na prostych, bez zbędnych zawirowań powietrza.

Crash test
Mając dość dużo przygód na torze szukałem rozwiązania – bezpieczeństwo w rozsądnej cenie, ale zawsze z bezpieczeństwem na pierwszym miejscu. Spyke w tym tym wypadku wypadł zdecydownaie najlepiej. Nie myliłem się dokonując tego wyboru, bo niedługo po tym podczas jednego z amatorskich wyścigów na torze (tym razem na Slovakiaring w sierpniu) miałem wypadek.

Wraz z zespołem jechałem tam w amatorskim wyścigu endurance. Pech towarzyszył mi od początku. Jechałem pierwszą zmianę z 15. pola, a w wyniku awarii motocykla wystartowałem ostatni. Z 35. pozycji udało mi się przebić na 12. Kolejną zmianę pojechał kolega, potem znów wyjechałem ja. Zbyt agresywna redukcja biegów (oraz seria innych błędów) spowodowały zblokowanie tylnego koła przed zakrętem, czego wynikiem był highside przy prędkości ok. 180 km/h. Motocykl wystrzelił mnie w powietrze tyłem do kierunku jazdy, upadłem na asfalt plecami i głową, zrolowało mnie w żwir, a dalej już nie pamiętam... Odzyskałem świadomość dopiero kiedy byłem w karetce. Miałem podejrzenie złamania kręgosłupa, ale skończyło się tylko na złamaniu kości śródstopia.
Pomijając fakt ze miałem bardzo dużo szczęścia to skóra wraz garbem bardzo ładnie przetrwały szlifowanie po asfalcie. Skóra naturalnie się przetarła, ale niewielkie, kilkucentymetrowe rozerwanie, było tylko w jednym miejscu, na wysokości kości ogonowej.

Oczywiście mógłbym długo pisać o innych zaletach kombinezonu, słodzić i opisywać najdrobniejsze szczegóły, ale nie w tym rzecz. Teraz pora na wady.

1. Brakuje otwieranego garbu (moim zdaniem w topowym modelu producenta takie rozwiązanie powinno się znaleźć).
2. Na łokciu brakuje sliderów, które się da wymienić, bez konieczności wymiany całego elementu skórzanego.
3. Podszewka materiałowa w najmniejszym rozmiarze wydaje się, jakby była z największego rozmiaru. Nadmiar tego materiału daje się we znaki podczas nakładania kombinezonu. Podobnie suwaki wewnętrzne są za duże.
4. Zanim miałem wypadek w tym kombinezonie, na udzie puścił szew. Oczywiście szybka reakcja działu reklamacji I’M i problem rozwiązany.

Reasumując, SPYKE to wybór, który z pewnością zadowoli grono osób stawiających na praktyczność, jakość i bezpieczeństwo.

Wszystkie wpisy